Książki
« Powrót do spisu

Bóg śpi

2010

Czy Pan wierzy w Boga? Dajcie mu spokój. On śpi. Ostatnie rozmowy z Markiem Edelmanem, człowiekiem wspaniałym, ale rozmówcą trudnym i często aroganckim, przeprowadzają Witold Bereś i Krzysztof Burnetko.

„Marek Edelman: Bóg śpi” (ostatnie rozmowy prowadzą Witold Bereś i Krzysztof Burnetko), Świat Książki, Warszawa 2010

Książka jest zapisem rozmów, które Bereś i Burnetko prowadzili z Markiem Edelmanem, przygotowując film „Komendant Edelman” w reżyserii Artura Więcka „Barona”. Jej konstrukcja to Dziesięć Przykazań przeplatanych wywiadami ateisty Marka Edelmana i opowieściami związanymi z nim i Dekalogiem pióra innych ludzi.
O Marku Edelmanie mówią w tej książce: Szewach Weiss, Tadeusz Sławek, Jarosław Makowski, Konstanty Gebert, Stanisław Krajewski, Krystyna Zachwatowicz, Magdalena Środa, Leopold Unger, Joanna Tokarska-Bakir, ks. Andrzej Luter, Wisława Szymborska i Krzysztof Piesiewicz.

W internetowym salonie kulturalnym Grzegorz Kozera napisał: „…To zarazem pożegnanie ze zmarłym w 2009 roku ostatnim przywódcą powstania w getcie warszawskim, człowiekiem niezwykłym, wspaniałym i pięknym. Marek Edelman był człowiekiem wspaniałym, ale rozmówcą trudnym i często aroganckim, o czym przekonali się obaj dziennikarze, do których od czasu do czasu zwraca się per »głupcy«

i »stare panny« albo krzyczy, że niczego nie rozumieją. Na zadawane pytania odpowiada niechętnie, z irytacją, zwłaszcza że rozmowa toczy się wokół Dekalogu, a on sam był człowiekiem głęboko niewierzącym, zaś dziesięć przykazań uważał za sztuczny wymysł człowieka. Edelmanowi religia nie była do potrzebna, najważniejsze było życie, wolność i zasada, żeby zawsze być po stronie bitego. I tym się kierował, walcząc w getcie, pracując po wojnie jako kardiolog i działając w opozycji antykomunistycznej.
Rozmowę Beresia i Burnetki z Edelmanem uzupełniają teksty przyjaciół i znajomych napisane już po śmierci Edelmana. Joanna Tokarska-Bakir nazywa go, »typowym polskim świętym«, który budził miłość i strach i »bywał czasem potworem, jakim może być tylko człowiek pozbawiony złudzeń«.
Wydaną przez Świat Książki książkę-pożegnanie można odczytywać także jako testament Marka Edelmana, choć nie ma pewności, czy on akurat by sobie tego życzył”.

Fragmenty

„I mówił Bóg wszystkie te słowa a rzekł:
Jam jest Pan Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi Egipskiej, z domu niewoli.
Biblia Gdańska/Księga Wyjścia 20

Kiedy siadamy naprzeciwko takiego człowieka jak Marek Edelman – zdeklarowanego niewierzącego, ale bez wątpienia będącego wzorem postępowania dla wielu ludzi, w tym również wierzących, pojawia się pytanie: Czy przykazania mogą dotyczyć również tych, którzy owego Boga odrzucają? Czy i w jakim zakresie organizują życie moralne ludzi innych wyznań, szczególnie – niewierzących? Czy Bóg potrzebny jest przyzwoitym, niewierzącym ludziom? Zresztą – nie tylko warto zauważyć niewierzących, prócz nich podobne problemy miewają wszak wątpiący, poszukujący, zmagający się z wyzwaniami własnej wiary, a nawet jak najsilniej zdeklarowani ludzie religijni, którzy potrafią sobie zadawać trudne pytania.
Czy w ogóle w życiu codziennym współczesnego człowieka cywilizacji zachodniej jest miejsce na Dekalog?
Wiosna 2007 roku. Do Marka Edelmana przyjeżdża grupa uczniów katolickiej szkoły im. Edyty Stein z Gliwic. To pomysł Jacka Szyndlera, dyrektora i nauczyciela, który organizuje swoim wychowankom spotkania z wielkimi ludźmi. Do Edelmana przywozi już kolejny rocznik uczniów. Dzieciaki siadają, gdzie się da, na wszystkich krzesłach, na łóżku Edelmana, na podłodze. Jeden z chłopców z wyraźnym przejęciem pyta Edelmana: Czy Pan wierzy w Boga?. 89-letni Marek Edelman odpowiada: Dajcie mu spokój. On śpi.

– Najważniejsze pytanie brzmi: co dla Pana jest najważniejsze?
– Już jest tam takie zdanie gdzieś: najważniejsze jest życie, a jak jest już życie, to najważniejsza jest wolność. Ale potem oddaje się życie za wolność i wtedy nie wiadomo, co jest najważniejsze. Koniec. Brawo. Jakoś tak. I to tak idzie od lat.
To jest gdzieś wydrukowane, już nie powtarzajcie tego. Nie pamiętam tego tak dokładnie, jak powiedziałem, ale to jest ładnie powiedziane.

– Tak, to jest dobre.
Kiedyś powiedział Pan nam też inną dobrą rzecz. Opowiadał Pan, że kiedy wyrzucili Pana ze szpitala, to zjawił się u Pana stary kolega i mówi: Jak będzie źle, to cię schowam. Pan nam spuentował tę historię tak: Trzeba dać mieszkanie bitemu. Trzeba go schować w piwnicy. Trzeba się tego nie bać. I trzeba w ogóle zawsze być przeciwko tym, którzy biją.
– Rzeczywiście, jak mnie wyrzucili ze szpitala, to z Radomia odezwał się mój kolega, Blachnicki. Pracowaliśmy razem jako studenci na trzecim roku. On potem się bogato ożenił, wyjechał do Radomia i tam od razu został ein grosse ordynator na pięćdziesięciu łóżkach. Fajny chłop. On miał stenozę mitralną, był chory. Ale wcześniej zdawaliśmy specjalizację – byliśmy już tacy doktorzy, ale wydział zdrowia zażądał, aby wszyscy mieli specjalizację, bo inaczej pensja będzie niższa itd. Więc profesor Jakubowski powiedział: Proszę do mnie jutro przyjść na egzamin.
Stoimy więc na tym korytarzu: Rysiek Fenigsen, Blachnicki i ja, bo tylko trzech takich gówniarzy się znalazło. I nagle Blachnicki mdleje. Pytamy:  Czego ty się denerwujesz? On: Bo nie będę umiał. Mówię: Idioto, przecież on cię nie będzie pytał. Jak by miał cię pytać, to by cię dawno wyrzucił. Weszliśmy do gabinetu, profesor poprosił tylko o protokoły, podpisał i do widzenia.
Ale potem, jak mnie wyrzucili, to był już wielkim ordynatorem w tym Radomiu. Mieli z tą bogatą żoną trzy pokoje z kuchnią, z alkową itd. Był rok 1968 i wtedy przyjechał do mnie. Była akurat ze mną Elżbieta Chętkowska, którą znał, bo wcześniej była u nas stażystką. I mówi: Marek, już wszystko mam rozplanowane. Ta alkowa zostanie przedzielona ścianą, będzie szafa i będziesz mógł przez nią wchodzić i wychodzić. U mnie się przechowasz do końca życia. Mówił, jakby była znowu okupacja. Elżbieta się popłakała z wrażenia.
– Zawsze, niezależnie od tego, kim jest ten bity, trzeba z nim być…Ładnie powiedziałem, co? Co, wam się nie podoba?”