Książki
« Powrót do spisu

Duchowny niepokorny. Rozmowy z księdzem Stanisławem Musiałem

2009

Ksiądz Stanisław Musiał – filozof, duszpasterz, wydawca, rzecznik współpracy katolicko-żydowskiej – w przejmująco szczerych wyznaniach, które mogły ukazać się dopiero po jego śmierci: gdyby zgodził się na wydanie, mógłby pożegnać się z zakonem.

„Duchowny niepokorny. Rrozmowy z księdzem Stanisławem Musiałem”, Witold Bereś i Krzysztof Burnetko;
wstęp: ks. Michał Czajkowski, posłowie: Marek Edelman (Świat Książki, Warszawa 2006)

Ta książka powstawała kilka lat, ale nie ukazałaby się, gdyby nie śmierć księdza Musiała w 2004 roku.
A było tak, że za jego życia, gdy już książkę autoryzował, zaaprobował i mocno, mocno pochwalił, otrzymał od swych zakonnych zwierzchników niepozostawiającą wątpliwości sugestię, że jeśli zgodzi się na wydanie tegoż tytułu, to może się nawet pożegnać z zakonem.

To byłoby dla niego życiową porażką… Przepraszał zatem bardzo autorów, i – pół-żartem, pół-serio – dodał, że po jego śmierci wszystko może się ukazać.
„Wolelibyśmy, aby żył  – zapewnia Witold Bereś. – Ale wiemy też, że lepiej uczyniliśmy dla jego pamięci, książkę ową wydając…”

Recenzja

„Tytuł »Duchowny niepokorny« jest w pewnym sensie błędny. On przejawia wielokrotnie pokorę! Przyznaje bez ogródek, że do swojej gorącej sympatii wobec Żydów dojrzewał powoli. Na przykład do zrozumienia racji żydowskich w sporze o Karmel oświęcimski. To temat obszernie omówiony przez autora, który był jednym z aktorów owego dramatu lat 80. i 90. Ksiądz Musiał nie pojmował początkowo, co jest złego w tym, że obok miejsca Zagłady modlą się katolickie zakonnice: »Tolerancja wymaga, abyśmy z równym szacunkiem traktowali religię żydowską, ale i oni powinni uszanować naszą«. (…) Podobnie myślał długo, aż usłyszał taki argument drugiej strony: »Polacy mają niemal wszędzie swoje miejsca martyrologii, a Żydzi mają tylko to jedno miejsce, które jednocześnie jest największym, powszechnie rozpoznawalnym symbolem Szoah«. I dopiero to go przekonało. (…) Problematyka żydowska stanowi przynajmniej połowę książki, bo też była główną walką jej bohatera. Jest tu poza tym kwestia, która mną wstrząsnęła. To opowieść o młodości duchownego. (…)

Twarde wychowanie, nie dla dzisiejszej młodzieży? Pewnie, że to hartuje ciało i ducha, ale nie muszę chyba przekonywać czytelników »Gazety«, że nie tędy droga. Szczególnie, że ten swoisty sadomasochizm był elementem całego systemu wychowawczego, innych jego elementów, które ks. Musiał opisuje równie barwnie. Przede wszystkim – donosicielstwo. (…) Owszem, broniono się przed krzywdzeniem bliźniego swego wymyślaniem drobnych przewin. Ale za winę niedrobną autora uznano to, że »...patrzy przez okno«. Bo to znaczyło: »ciągnie go do świata, na zewnątrz – czyli nie ma powołania. W rzeczywistości z okna naszego seminarium widać było jedynie jakąś halę, ale był to jednak świat«. I mistrz powiedział przyszłemu księdzu Stanisławowi, że widocznie nie ma powołania, bo świat mu się podoba”.

Jan Turnau, Gazeta Wyborcza nr 38, 14/02/2006

Fragmenty

– Wróćmy do twojego pobytu w seminarium. Dryl, który tam panował, był wręcz nieludzki. Nie miałeś ochoty się zbuntować? Czy nawet zrezygnować?
– Każdy z nas się czasem buntował. Stale też kombinowaliśmy: a to żeby zagrać w piłkę, jak nie było przełożonych, a to żeby spotkać się z rówieśnikami z zewnątrz. Dostawaliśmy za to ciężkie pokuty, bo było to nie tylko nieposłuszeństwo, ale także często złamanie ślubu milczenia itp.
Równocześnie jest ciekawe od strony moralnej, że choć trzymano nas w tak zamkniętym kręgu, to w zasadzie nie spotkałem się z przypadkami otwartego homoseksualizmu.
– Czy to wynik samodyscypliny, strachu przed grzechem przedstawianym jako ciężki, czy też stosowano bardziej prozaiczne środki zaradcze?
– Strach przed tym grzechem rzeczywiście był wielki. Ale działały również techniczne bariery. Problem sypialni rozwiązano tak: Była to gigantyczna sala, a przy każdym łóżku stał biały parawan. W dzień kotary były odsłonięte, ale na noc każdy musiał swój parawan szczelnie zasunąć. Do świtu nie wolno było zza niego wychodzić i się odwiedzać. Za złamanie tego zakazu kara była tylko jedna – natychmiastowe wyrzucenie. Niekiedy prefekt chodził cichutko po sali i podsłuchiwał, co kto robi za parawanem. Podobnie jak podczas copiątkowego biczowania.
– Biczowania?
– Tak, na znak pokuty. Mieliśmy do tego specjalne przyrządy, zwane flagelkami, od łacińskiego flagellare – biczować się. (…) Nie zachowałem

 tego, a szkoda. Były to plecionki z grubych nici, zakończone ciężkim supłem, ale na szczęście nie żadnymi haczykami czy metalowymi kulkami... I w każdy piątek, rozebrani do pasa, odmawialiśmy Miserere, czyli Psalm 50, pokutny, i się biczowaliśmy. A manductor, czyli jeden z nowicjuszy wybrany na przewodniczącego obrzędu, co jakiś czas zapowiadał po łacinie intencję biczowania: że na chwałę Pana Boga i Matki Najświętszej, że za to, za tamto...
Wołał na przykład: Ad maiorem Dei gloriam examen conscientiae –„Na chwałę Boga Najwyższego rachunek sumienia”; my odpowiadaliśmy: „Ad maiorem Dei gloriam flagellatio” – „Na chwałę Boga Najwyższego biczowanie”. I odmawiając ten długi psalm, biczowaliśmy się. A mistrz nowicjatu, zwykle młodszy ksiądz, chodził wkoło i nasłuchiwał, czy ktoś nie biczuje się na koszulę, co słychać – bo inny jest dźwięk uderzeń na gołe ciało, a inny po koszuli. Gdy coś podejrzewał, mógł zaglądnąć za parawan i sprawdzić.
(…) Podczas tych rekolekcji ignacjańskich przewidziana jest taka medytacja – do dziś zresztą – na temat chłopca, który wprawdzie generalnie dobrze się sprawował, ale popełnił pewien grzech ciężki i jest potępiony na całą wieczność. Jest mowa o mękach piekielnych, odrzuceniu od Boga, straconej szansie. Wieczne męki za jeden grzech ciężki.
(…) Ta historia kazała mi się zastanowić nad tym, gdzie są granice posłuszeństwa. Czy zawsze należy być posłusznym aż do końca, do zaprzeczenia sobie? A tego od nas wymagano.