Książki
« Powrót do spisu

Generał Kiszczak mówi prawie wszystko

1991

Nieznane dokumenty, relacje współpracowników oraz sensacyjne wyznania ostatniego komunistycznego szefa tajnych służb PRL.

„Generał Kiszczak mówi prawie wszystko”, Witold Bereś i Jerzy Skoczylas, BGW, Warszawa 1991

To zapis rozmów z ostatnim komunistycznym szefem tajnej policji PRL, gen. Czesławem Kiszczakiem. Książka była hitem – sprzedała się w 300 tysiącach egzemplarzy (zresztą towarzyszyła jej, bodaj pierwsza w historii RP, płatna reklama po Wiadomościach).
Ale to nie tylko próba rozliczeń, ani wyłącznie relacja Kiszczaka. „Generał wcześniej kojarzył się nam jak najgorzej, więc teraz szukaliśmy dokumentów i ludzi, którzy go opiszą, w tym również negatywnie – wyjaśniają autorzy. – Rzecz w tym, że na pewno

zaimponowało nam, iż podjął rozmowę na każdy temat, jak i to, że w sumie znalazł się wśród tych, którzy tę naszą wyśnioną wolną Polskę budowali. Co z książki wyszło? Oczywiście – zatwardziali fundamentaliści, dla których wolna Polska zacznie się wtedy, kiedy oni sami ustalą jej zasady, przejechali się po nas jak czołgi Mussoliniego po uzbrojonych w piki oddziałach Hajle Selassje (np. Herling-Grudziński)”.
Wielu jednak chwaliło.

Recenzja

Wyłaniający się z kart książki wizerunek generała jest bowiem oczywisty w swej dwuznaczności. Jest to w głównej mierze wynik agresywnej i przemyślanej strategii jego rozmówców: Witolda Bersia i Jerzego Skoczylasa; w tym zresztą względzie »Generał Kiszczak mówi prawie

wszystko« zdecydowanie różni się od innych tego typu wywiadów, w których wywiadujący dziennikarze przeważnie w taki czy inny sposób ulegają czarowi rzekomo demaskowanej postaci.

Jerzy Pilch „Kiszczak nie spadł z nieba”; „Tygodnik Powszechny” 43/91

Fragmenty

Późna jesień roku 1971. Wysoki, postawny blondyn opuszcza Polskę. Podróżując przez Niemcy Wschodnie i Berlin Zachodni, klucząc, ma zatrzeć wszelkie ślady za sobą. W Niemczech Zachodnich ma już się zjawić James Harper, obywatel brytyjski, urodzony w Londynie. Zdjęcie w paszporcie brytyjskim jest zdjęciem podpułkownika Kazimierza Stefańskiego, kadrowego oficera polskiego wywiadu wojskowego.
Nie wiezie ze sobą niczego podejrzanego. Co najwyżej bardziej wnikliwego obserwatora zainteresowałby może charakterystyczny duży długopis. Nie był to jednak miniaturowy pistolet ani nawet aparat fotograficzny. Po prostu długopis. Z tym, że drugiego takiego nie było. Istniał tylko w jednym egzemplarzu. Wykonał go własnoręcznie (przed przerzuceniem do jednego z państw zachodnich) człowiek, którego Stefański ma odszukać.
Długopis jest znakiem rozpoznawczym.
Chodzi o odmrożenie bardzo ważnego agenta od kilku lat pracującego w jednej z zachodnich instytucji wojskowych. To jedyny sposób nawiązania kontaktu, sposób, który ma znaczyć, że osoba oddająca ten przedmiot jest na pewno godna zaufania. (…) Ale podpułkownik Stefański nie dociera do agenta, który miał zostać odmrożony. Ślad po nim urywa się w RFN. Co się stało? (…)

Czesław Kiszczak, podówczas zastępca szefa kontrwywiadu wojskowego, pionu, do którego zadań należy wyjaśnianie takich przypadków:
– (…) Stefański był wcześniej zastępcą polskiego attache wojskowego w Londynie i jako taki był aktywnie rozpracowywany przez Anglików, m.in. poprzez podstawianą mu kobiecą agenturę (sceny miłosne były wyraźnie filmowane przez kontrwywiad) i przez to był dokładnie znany wszystkim kontrwywiadom, zwłaszcza krajów NATO. (…)
W kilka lat później, w Sajgonie, jeden z oficerów polskiego wywiadu z okna taksówki zobaczył Stefańskiego w mundurze oficera lotnictwa amerykańskiego (ppłk Stefański rzeczywiście był lotnikiem). Natychmiast wysiadł z samochodu i zaczął go śledzić, dochodząc do klubu wojskowego. Zorganizował obserwację, ale bez rezultatu. (…)
Znowu się rozpłynął. (…)
Ponieważ nie ma dowodów na to, że ppłk Stefański zdezerterował, więc traktuje się go tak, jakby zaginął podczas wykonywania zadania bojowego i jego żonie płacono przez dłuższy czas pobory męża.
Bardzo ważny agent nie został odmrożony, bo innego niż długopis kontaktu nie było.