Książki
« Powrót do spisu

Gliniarz z tygodnika

1991

W marcu 1990 roku Krzysztof Kozłowski, niespodziewanie dla siebie i całego swego środowiska, zostaje wybrany przez premiera Mazowieckiego jako ten, kto ma przejąć z rąk komunistów policję i służby specjalne.

„Gliniarz z Tygodnika. Rozmowy z byłym ministrem MSW, Krzysztofem Kozłowskim” (Witold Bereś i Krzysztofem Burnetko), BGW, Warszawa 1991

Zapis wielogodzinnych rozmów z Krzysztofem Kozłowskim – wieloletnim redaktorem opozycyjnego wobec władz komunistycznych „Tygodnika Powszechnego”– który w marcu 1990 roku, będąc

senatorem III RP, niespodziewanie dla siebie i całego swego środowiska został wybrany przez premiera Mazowieckiego jako ten, kto ma przejąć z rąk komunistów policję i służby specjalne.

Fragmenty

25 lipca 1990 roku Krzysztof Kozłowski powiedział posłom OKP, że w Polsce istnieje jawna rezydentura KGB. Jej szef wraz z grupą innych oficerów jest akredytowany przy polskim MSW. Formalnie posiadają oni status pracowników dyplomatycznych ambasady sowieckiej.
„Współpracę oficjalną gotów jestem tolerować – dodał Kozłowski – ale nie mogę patrzeć przez palce na obecność jakiejkolwiek agentury obcego wywiadu.
Umowy z KGB były obyczajem w całym obozie. Do niedawna w poszczególnych departamentach ministerstwa byli sowieccy doradcy, konsultanci i łącznicy KGB. Teraz to się skończyło. Współpracujemy na zupełnie nowych zasadach. Uzgodnienia zapadają na szczeblu ministerialnym.
Oficjalni rezydenci nie są groźni. Jeśli się na nich obrazimy, rezydent i tak będzie, ale my nie będziemy wiedzieć, kto nim jest” .
On sam o istnieniu legalnego przedstawiciela KGB dowiedział się wkrótce po rozpoczęciu pracy w MSW. Niemal równocześnie, bo 19 marca, na Rakowieckiej pojawił się przedstawiciel jednego z wywiadów zachodnich.
Kozłowski: – Dwóch było takich ciekawych: Kiryjew z KGB i ten drugi.

Okazało się jednak, że ten „pierwszy zachodni”  był nietypowy. Wywiady zachodnie, które na serio chciały współpracować, wcale się nie spieszyły. Przyglądały się ostrożnie i z oddalenia. Kontakty z tym „pierwszym”  poszły w kierunku współpracy nie wywiadowczej, lecz czysto policyjnej. Bardzo sprawnej i efektywnej, ale tylko policyjnej. (…)
 –  Sporą sensację wywołały komunikaty o zerwaniu umów między polskim MSW i jego odpowiednikami na Węgrzech i w Czechosłowacji. Osobiście zrywałem te umowy. Pod koniec października 1990 roku pojechałem do Budapesztu, by zerwać umowę z Węgrami. Z kolei Czesi i Słowacy w listopadzie przyjechali do Warszawy, by zerwać umowę z naszym MSW. Pierwszą rzeczą, jaką ustaliliśmy przed przystąpieniem do rozmów o współpracy, było zerwanie tych umów. Chodzi o to, że zgodnie z tymi umowami mieliśmy współpracować w zwalczaniu kontrrewolucji, opozycji politycznej, Amerykanów, Chińczyków, Albańczyków... Lista wrogów, których należało zwalczać wspólnymi siłami, była długa. Ale chodziło głównie o wewnętrznych przeciwników socjalizmu. Mieliśmy też razem wspomagać ruchy komunistyczne na świecie.