Książki
« Powrót do spisu

Marek Edelman. Życie. Po prostu

2008

Pierwsza pełna biografia Marka Edelmana, przetłumaczona na kilka języków, laureatka Nagrody Klio.

To reporterska biografia Marka Edelmana, bohatera powstania w getcie warszawskim, żołnierza powstania warszawskiego, lekarza, działacza opozycji demokratycznej... Oparta o setki godzin z nim przegadanych, wsparta płytką DVD z zarejestrowanym fragmentem rozmów. Przetłumaczona na kilka języków, laureatka historycznej Nagrody Klio w roku 2008.

To reporterska biografia Marka Edelmana, bohatera powstania w getcie warszawskim, żołnierza powstania warszawskiego, lekarza, działacza opozycji demokratycznej…

Oparta o setki godzin z nim przegadanych, wsparta płytką DVD z zarejestrowanym fragmentem rozmów. Przetłumaczona na kilka języków, laureatka historycznej Nagrody Klio w roku 2008.

Recenzja

Witold Bereś i Krzysztof Burnetko we wstępie do książki o Edelmanie piszą, że ich bohater mógłby swoją biografią obdzielić kilka osób, był bowiem przedwojennym działaczem Bundu, dowódcą powstania w getcie warszawskim i uczestnikiem powstania warszawskiego, działaczem KOR i Solidarności, uczestnikiem obrad Okrągłego Stołu, zawsze stawał po stronie słabych i prześladowanych. Na dodatek jest znakomitym kardiochirurgiem. Jest autorytetem, ale budzi też kontrowersje, nie tylko w Polsce, ale i w Izraelu, bo nie jest ani grzeczny, ani układny, a język ma cięty.
Nie uważa się za bohatera i nigdy nie palił się, by pisać swoją biografię. Toteż choć udzielił dziesiątek wywiadów, stał się bohaterem kilku znakomitych książek, choćby „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall, nikt nie odważył się dotąd napisać jego pełnej biografii – wymagałoby to wszechstronnej orientacji w meandrach historii, bo jak opowiadać o Marku Edelmanie, nie uwzględniając wszelakich kontekstów dziejowych, politycznych i ideowych? Bereś i Burnetko porwali się zatem na arcytrudne zadanie, ale nie polegli. Ich portret Edelmana jest pełny i fascynujący, a przy tym to rzetelny obraz II i III, a nawet IV RP.

Autorzy nieraz odwołują się do książki Krall czy wywiadów, jakich Doktor z Łodzi udzielił innym dziennikarzom, ale głównie opierają się na własnych z nim rozmowach, w których poruszyli chyba wszystko, co dla niego w życiu najważniejsze.
O Edelmanie mówią też m.in. Havel, Kuroń, Kwaśniewski i Wałęsa. Poznajemy człowieka, który nadal czuje się dowódcą powstania. Nie tylko powstania w getcie, ale wciąż trwającej insurekcji w obronie praw człowieka: Albańczyka z Kosowa, Cygana z Czech, Palestyńczyka, szykanowanej polskiej nauczycielki, która uczy młodzież o Holocauście. To rzecz ku pokrzepieniu serc, bo choć jej bohater jest świadkiem największych zbrodni, ostatnie jego słowa w tej książce brzmią: „więc ja was proszę, bez apokalipsy!”

Jan Strzałka, „Polityka”, 21 kwietnia 2008

Fragmenty

1941. Styczeń. Szpital i “strona aryjska”
Świat na zewnątrz to był wróg. Wróg – nie nadzieja! Bo wrogiem jest nie tylko ten, kto ciebie zabija, ale też ten, który jest obojętny. Żeby zaszkodzić, nie trzeba było zabić. Wystarczało nie pomóc. To było to samo. Bo jeśli ci nie pomogli, to na drugim rogu ulicy cię zabili.

Utworzenie getta, a przede wszystkim otoczenie go murem, niesie kilka poważnych konsekwencji.
Pierwsza, społeczna, jest najbardziej oczywista.
Z dnia na dzień żydowska część Warszawy zmienia się nie do poznania. Z jednej strony przybywają tu przesiedleńcy z całego kraju. Ulice, które już przed wojną należą do skromnych, z każdym dniem popadają w coraz większą nędzę. Tłum żebraków sunie wolno pod ścianami kamienic, na środku ponurych ulic bawią się dzieci: kolejnym zarządzeniem parki zostały zamknięte dla Żydów, a one gdzieś chcą się bawić. Obok snują się matki z dziecinnymi wózkami…
Wszystko dzieje się w cieniu przesłaniającego muru. Wszystkie przejścia, nawet najdrobniejsze szpary, są likwidowane. Mur to punkt odniesienia dla wszystkich (anegdota z getta z wiosny 1941 roku: “Powiadają, że jakiś Żyd dał w posagu dziurę w murze, która jest czynna całą dobę”). Tylko przelotowe ulice, używane do transportu samochodowego, wciąż są otwarte. Rośnie gigantyczne więzienie, w którym znajduje się pół miliona mężczyzn, kobiet i dzieci, a świadkowie mówią o dziwnym, nieomal orientalnym charakterze getta.
Niemiecka propaganda unika terminu getto, kojarzącego się z rozwiązaniami średniowiecznymi. Mówi się więc o kwartale żydowskim, jest przecież kwartał niemiecki i polski. Przypomina się także, że prócz zwykłych zagrożeń, jakie niosą Żydzi, a którymi straszy się od początku wojny (tyfus, kradzieże, brud), grożą kolejne. Otóż Amerykanie i Anglicy uważają Żydów za swoją piątą kolumnę w zdrowym społeczeństwie Rzeszy – i z ich pomocą będą chcieli zniszczyć Niemców.
Ale najpoważniejszą konsekwencją wzniesienia i uszczelnienia muru jest głód. Dlatego wszyscy, którzy mają legalną przepustkę na aryjską stronę, są w nieporównywalnie lepszym położeniu.
Takie przepustki mają zwykle jedynie aryjscy urzędnicy pracujący w którejś z rządowych instytucji w getcie. Mają je też niektórzy Żydzi, w tym wielu urzędników, ale przede wszystkim agenci gestapo. „W ciągu pierwszego miesiąca istnienia getta miałem przepustkę na stronę aryjską, co było bardzo cenne i rzadkie. Otrzymałem ją z racji pracy w komisji lekarskiej urzędującej na Pradze” – wspomina Henryk Makower. Na tę stronę przedostają się również żydowscy chłopcy poniżej dziesiątego roku życia, którzy potrafią prześlizgiwać się obok posterunków.

Rozkwita przemyt towarów i (czasami) ludzi. Już w pierwszych tygodniach istnienia getta różnice cen po obu stronach są znaczne, potem tylko rosną. Handel po drugiej stronie muru to świetny interes – wielu Polaków zaczyna się tym trudnić zawodowo: przemycają do getta żywność, a tam skupują unikalne towary wyprzedawane za bezcen przez przyciśniętych głodem mieszkańców.
Również Marek Edelman jako goniec noszący codziennie karty chorobowe ze szpitala dziecięcego Bersohnów i Baumanów (z Siennej) do głównego lekarza miasta, a próbki krwi do Urzędu Higieny na ulicy Nowogrodzkiej (a potem na Spokojną) ma przepustkę na drugą, tę lepszą stronę. Taką przepustkę ma jeszcze tylko dyrektor administracyjny szpitala i jego zastępcy.

Szpital ten już przed wojną miał bardzo dobrą opinię: powstał w roku 1876 dzięki fundacji założonej przez żydowskiego filantropa Majera Bersohna i jego zięcia Salomona Baumana z myślą o najuboższych dziecięcych pacjentach żydowskich, których leczyć miał bezpłatnie. Jednak w praktyce na tych samych zasadach pomocy lekarskiej udzielał dzieciom wszystkich wyznań. W niepodległej Polsce dzięki nowej szefowej, doktor Annie Braude-Hellerowej, utrzymał swą renomę. Ona też nawet w dniach likwidacji w lecie 1942 roku będzie dbać o wysoki poziom szpitalnej pracy. (…)
(…) Kontakty z drugą stroną muru, poza oczywistym niebezpieczeństwem związanym z przenoszeniem materiałów ruchu oporu, były obarczone jeszcze jednym, wówczas szczególnie dojmującym zagrożeniem: Niemcy, a czasami Polacy (szmalcownicy) wyłapywali ludzi mających semicki wygląd.
(...)
– Czy szmalcownicy to była znacząca skala?
Edelman: – Jeżeli stoi przed wachtą niemiecką dwieście osób, bo chce handlować, kupić tanio ubrania, ręczniki, bo sprzedają to za grosze, za worek kartofli. I jeżeli tam stoi dwóch szmalcowników, to nie wiesz, którzy to są. Idziesz sobie spokojnie i nagle on cię wyciąga z szeregu. Więc wychodzisz, tak?
Ale te sto dziewięćdziesiąt osiem osób nie reaguje. Odwracają głowę, nie widzą tego, nie chcą widzieć. Tymczasem szmalcownik cię wciąga do bramy, zabiera wszystko, w zależności od tego, jakie masz możliwości, albo cię oddaje do Niemców, albo bierze pieniądze, albo cię rozbiera i twoje rzeczy sprzedaje. Różnie.
Niebezpieczna była obojętność tego tłumu, To, że nikt nie zareagował. Oni odwracali głowę. Każdy przypadek jest pojedynczy. Raz odwrócisz głowę, gdy kogoś okradają, innym razem, gdy kogoś zabijają.