Co u nas nowego?
«

Po premierze filmu "Wszystkie kobiety Mateusza"

06/09/2013

Posypały się stereotypowe przymiotniki: ciepły, sympatyczny, nostalgiczny, magiczny. Właściwie każdy pasuje. Pasowały już do filmów, w których Artur Więcek „Baron” wprowadził na ekran niezwykłego bohatera prosto z nieba – anioła. Ale nowy film wykracza poza wyznaczony w ten sposób krąg. Jest podobny – to oczywiste – jako dzieło tego samego autora o zdecydowanej indywidualności i upodobaniach. Są jednak różnice. Nie przeczą jednak programowemu stwierdzeniu reżysera: „Ja po prostu tak widzę świat”.

Historia zatytułowana „Wszystkie kobiety Mateusza” wydaje się prosta. Wesoły hulaka, lekkoduch i uwodziciel z małego miasteczka, Mateusz Kłos, nagle umiera przy stole. No cóż, udławił się, takie rzeczy się zdarzają. Tylko że Mateusz wcale nie chce odejść z tego świata. Świadoma jego pośmiertnej obecności jest żona (formalnie już wdowa), Karolina. W dodatku porządkując szafę dowiedziała się o wszystkich jego zdradach. Świadome obecności Mateusza są także liczne kobiety, które czarował z wielkim powodzeniem, a teraz wcale nie zamierza ich opuszczać. Powraca w snach tak intensywnych, że wydają się jawą, nie pozwala wymazać wspomnień, powoduje stan nerwowego podniecenia, które to objawy bardzo niepokoją nieświadomych rzeczy mężów.

Co było takiego niezwykłego w Mateuszu? Trudno byłoby uznać go za wcielenie seksualnego idola. Ale potrafił coś więcej: przekonać każdą partnerkę, że jest jedyna w swoim rodzaju, warta najgorętszych miłosnych zabiegów. Potrafił stworzyć wokół niej atmosferę romantycznego uwielbienia. Także radosnej zabawy. Po prostu kochał kobiety. Wszystkie. Krzysztof Globisz nie udaje Rudolfa Valentino, traktuje siebie, swoją charakterystyczną fizyczność (no cóż, figura raczej krągła!) z poczuciem humoru i cudownie, z wielką „vis comica” zmienia swój wizerunek przed każdą z kochanek. Zmienia, ale zgodnie z indywidualnymi marzeniami partnerki, co dla nas, widzów, układa się w kapitalną galerię romantycznych idoli, przedstawionych z poczuciem humoru. Nie chodzi o karykatury, gra jest znacznie cieńsza.

Zarys tej tragikomedii znajduje się w książce Beaty Pawlak „Aniołek”. Książce mało znanej, opublikowanej przed dziesięciu laty, już po tragicznej śmierci autorki. Reżyser uległ fascynacji, bo najwyraźniej odnalazł w tej opowieści bliskie sobie wątki. I uczynił z niej opowieść własną, rozgrywającą się w Cieszynie, mieście niezwykle malowniczym, którego obraz w różnych porach roku dosłownie pieści na ekranie kamera Adama Sikory. Chronologiczna płynna zmienność obrazu jest ważna, chodzi o podkreślenie biegu czasu, niemożliwego do powstrzymania, niezależnie od tego, co dzieje się w życiu ludzi. A ta ludzka rzeczywistość potraktowana zostaje w filmie baśniowo. Oglądamy sielankowy obraz prowincji, ze wszystkimi jej śmiesznostkami, a jednak pełen zaskakująco prawdziwych szczegółów.

Ten realizm nie przeszkadza fantazyjnej historii, w której w pewnym momencie następuje istotny zwrot. Oto zdradzani niegdyś mężowie decydują się ponownie zdobywać swoje małżonki, otaczając je objawami gorącego uczucia. A wtedy dla wspomnienia o Mateuszu-Wielkim Kochanku nie ma już miejsca. W groteskowej, onirycznej scenie biedny Mateusz (zapominamy, że jest tylko wyobrażeniem!) zostaje wyrzucony z domu jednej z dotychczasowych adoratorek i musi na bosaka uciekać pustą nocną ulicą. Słychać jedynie trzask zamykanych drzwi i okien… Każdy mit ma swój kres.

Dla „Barona” Więcka film jest magicznym medium, które łączy fantazję i realizm w jedną poetycką rzeczywistość obrazu. Przekazuje w tej baśni mądrość wybaczania przeszłości, spokojną rezygnację, umiejętność dostrzegania w przebytym doświadczeniu tego tylko, co dobre. Jest na to określenie, wystarczy sięgnąć po nie do słownika Jarosława Iwaszkiewicza. To „sérénité”. Słowo piękne, choć jako pojęcie niezbyt ostre, zależne od kontekstu. Może oznaczać ład w sercu, harmonijne pogodzenie się ze światem.

Odczucie „sérénité” staje się udziałem Karoliny – granej z pełną czułości powagą przez Teresę Budzisz-Krzyżanowską. Bo Karolina, która przyjmuje wreszcie do wiadomości prawdę o Mateuszu, nie załamuje się, ale próbuje sama zacząć kolejny rozdział życia. Odnajduje swoją pierwszą, sztubacką miłość – dowódcę oddziału z powstania warszawskiego. Ale czasu już nie ma, takie spotkanie jest tylko epizodem przed ostatecznym odejściem. Krótkim i bez następstw, bo wszystko rozpływa się w niepamięci, jak nazwy roślin z ogrodu, który z takim oddaniem uprawiała. W duchu „sérénité” film uświadamia – łagodnie, z pogodną rezygnacją – nieuchronność przemijania. Karolinę czeka wyłącznie powtórne wejście w sen, zapowiadający kiedyś – kiedy? tego już sobie nie przypomni – potrzebę ostatecznego pożegnania.

Gdyby potraktować dosłownie ironiczny tytuł, Karolina, chociaż żona, okazuje się tylko jedną z „kobiet Mateusza”. Ale to przede wszystkim film o niej. Nie waham się powiedzieć, że jest ewenementem w naszym dzisiejszym kinie. Dotyczy spraw ostatecznych, ale mówi o nich z mądrym dystansem. Ten dystans osiąga przez lekkość tonu, osłabiającą dramatyczną prawdę o ludzkim życiu. Ale to tylko pozór, ta prawda zostaje nam w pełni przekazana i pozostaje, choć zaczynamy ją sobie uświadamiać dopiero po wyjściu z kina.

Andrzej Kołodyński, Wszystkie kobiety Mateusza, „Kino" 2013, nr 09